czwartek, 6 sierpnia 2015

Capitulo Cinco

   Po pocałunku w jakże romantycznym miejscu jakim była cuchnąca szatnia, postanowiłem dotrzymać słowa i odprowadzić Ferro do domu, no nie powiem, że ta opcja jest mi na rękę, bo nie jest, patrząc na to, że idziemy piechotą, bo Ludmila nie chciała jechać autem i przyczyniać się do psucia naszego pięknego środowiska. Are you fucking kidding me? Kilkanaście milionów ludzi na świecie jeździ wszędzie samochodami i jakoś nic się kurwa nie dzieje, tym pierdolonym chwastą, ale nie tu ważą się losy naszej planety. Jak można być tak naiwnym? To, aż smutne.
- Federico? - z rozmyślał wyrywa mnie głos dziewczyny idącej ramię w ramię obok mnie. W sumie od zajścia w szatni nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Dla naszej dwójki jest to nowa sytuacja. Przynajmniej dla mnie, bo Ludmila jest pierwszą dziewczyną, którą pocałowałem. Normalnym ludziom może wydawać się to dziwne. Jest moją dziewczyną od dwóch lat, uprawiamy seks od początku naszego związku, a mimo, to pierwszy raz dotknęliśmy swoich ust.
- Słucham? - kieruje wzrok na blondynkę, na co ona spuszcza głowę w dół i dość mocno się rumieni.
- Pocałowałeś mnie - brawo za orientacje, polać tej pani.
- Tak - odpowiadam twierdząco.
- Dlaczego? Nie pozwalałeś mi na to przez dwa lata, a teraz sam się na mnie rzucasz?
- To już nie mogę pokazać mojej dziewczynie ile dla mnie znaczy? - no muszę jej trochę posłodzić, bo przecież nie powiem jej, że chciałem, aby Verdas się wściekł. Takich, rzeczy podobno nie mówi się dziewczyną.
- Federico, nie okłamuj mnie. Znam Cię na wylot i wiem, że nie zrobiłbyś tego bez przyczyny - ona jest zdecydowanie za mądra. Pozostaje mi tylko zmienić temat.
- Nie prawda, a poza tym to ty się dzisiaj ze mną nie przywitałaś. Wyjaśnisz mi to?
- Federico ty nie lubisz jak się z tobą witam, a poza tym myślałam, że nadal jesteś na mnie zły za to zdjęcie i nie chciałam do Ciebie podchodzić, żebyś się bardziej nie wściekł - mówi cichutko, jakby do siebie.
- Boisz się mnie? - pytam z ciekawości.
- Czasami - takiej odpowiedzi zupełnie się nie spodziewałem, przecież powiedziała Diego, że wierzy w to, że nigdy bym jej nie uderzył. Tak nagle zmieniła zdanie?
- Czemu?
- Masz słabe nerwy, czasami wybuchasz, bez większej potrzeby, na przykład wczoraj, mogłeś po prostu powiedzieć, że prezent Ci nie odpowiada - przez chwilę zastanawiam się czy ona ma racje,przecież nie jestem jakimś tyranem, który myśli tylko o tym, żeby powyżywać się na własnej dziewczynie.
- Okej, wczoraj mogłem trochę przesadzić - przyznaje jej racje - ale to nie znaczy, że pozwalam Ci się mnie bać.
- Czyli nawet tego mi zabronisz?
- Spotykania z Verdasem, też Ci zakazuje - mówię stanowczo.
- Jesteś zazdrosny? - podnosi główkę do góry. Kąciki jej ust delikatnie unoszą się do góry. Muszę przyznać, że wygląda uroczo. - Nie Ludmila, ja nie mam o co być zazdrosny. Mogę mieć kogoś lepszego niż ty.
- A mimo to jesteś ze mną od dwóch lat, a to oznacza, że nie jestem Ci całkiem obojętna.
- Nie masz racji - prycham - a tak w ogóle to, gdzie ty mieszkasz?
   Rozglądam się po okolicy w której się znajdujemy, wszędzie nijakie domki, ogrodzone drewnianymi płotami z małymi ogródkami zamiast basenu. Masakra. W sumie nigdy nie widziałem jak mieszka Ludmila, to ona zawsze przychodzi do mnie, więc nie miałem okazji jeszcze u niej być. Ja nawet nie znam jej rodziny. Wiem, że ma ojca i chyba matkę. Marcelo i Prisciella Ferro, albo Priscilla, ewentualnie Parisha. Dobra imię jej matki jest najmniej ważne, ma też brata, albo siostrę. A może jednak jest jedynaczką? Napewno jest bogata, więc musi mieszkać w jakieś ekskluzywnej willi.
- Mieszkam tam - wskazuje palcem na jeden z tych paskudnych domków - tata nie chciał, żebyśmy z Marco myśleli, że przez całe życie ludzię będą nam podawać wszystko na tacy. Dlatego postanowił zamieszkać z nami tutaj - przez chwile mam ochotę zapytać ją czy tata to ich kocha, no bo kto pozwoliłby mieszkać swoim dziecią w takim burdelu?
- Aha, a Marco to? - pytam ciekawy. - Mój starszy o trzy lata brat, pracuje z ojcem w firmie. Uczy się, żeby w przyszłości ją w połowie przejąć.
- A co z drugą połową?
- Druga połowa należeć będzie do mnie, tata już dawno spisał testament - wyjaśnia.
- A twoja mama?
- Nie żyje od czternastu lat - ponownie spuszcza głowę w dół i zatrzymuje się przy drewnianej bramie.
- Ups. Nie wiedziałem - nagle napadło mnie dziwne uczucie wstydu. Nie wiem o niej tylu ważnych rzeczy, czuje się jakbym był z zupełnie obcą osobą.
Po jej nieskazitelnej twarzy spłynęła samotna łza, którą bez najmniejszego zastanowienia postanowiłem zetrzeć kciukiem.
I to był błąd. Dotykając jej zaróżowionego policzka, znów poczułem to dziwne uczucie w brzuchu, a moja podświadomość zaczęła szeptać do mnie dziwne rzeczy. Robię krok w jej stronę, tak, że nasze rozpalone ciała stykają się ze sobą brzuchami. Przykładam drugą dłoń do jej twarzy, a palcem wskazującym przejeżdżam po jej dolnej wardzę.
- Jesteś piękna.
- Ma to po mnie.
  Razem z Ludmilą odskakujemy od siebie jak oparzeni i patrzymy na przyglądającą się nam męską sylwetkę.
- Witam Marcel Ferro - podaje mi rękę, którą od razu ściskam, normalnie nym tego nie zrobił, ale nie wypada mi, ponieważ po pierwsze ten człowiek współpracuje z moim ojcem, ubezpiecza jego firmę, po drugie jest milionerem należy mu się szacunek, a po trzecie jest ojcem mojej dziewczyny.
- Federico Cuwaliac - mężczyzna posyła mi przyjazny uśmiech którego ja nie jestem w stanie odwzajemnić, sytuacja jest dla mnie dość krępująca.
- Może i nie mieliśmy okazji się wcześniej poznać, ale czuje się jakbym znał Cię całe życie. Ludmila ciągle o tobie gada. Jeżeli jesteś tak wspaniała jak mówi to cieszę się, że trafiła na tak cudownego człowieka.
  W tym momencie zalała mnie fala wstydu. Sam nie wiem dlaczego, ale czuje się bardzo źle.
- Może wejdziesz do nas na kawę? Albo jakiś zimny napój co ty na to?
- Tato, Federico jest napewno bardzo zajęty
- Spokojnie, z chęcią napije się herbaty - Ludmila posyła mi zdziwione spojrzenia.
- W takim razie zapraszam.
Chwytam Ludmile za rękę i wchodzę z nią na posiadłość jej ojca, zobaczymy jak wychodzi mi udawanie idealnego zięcia.

- I w podeszwie byłby żel? - pyta mnie rozbawiony pan Ferro.
- Tak, tam byłaby taka specjalna półeczka.
- A jak chciałbyś podtrzymywać stałą temperaturę w tych butach. Przy wysokiej temperaturze żel się rozpuści, a przy niskiej po prostu zamarznie.
- Dlatego buty można byłoby zakładać tylko w temperaturach od piętnastu do dwudziestu stopni celsjusza - wyjaśniam, a on wybucha gromkim śmiechem.
- Masz wyobraźnie chłopie. A tak w ogóle słyszałem od Lusi, że interesujesz się wyścigami. To prawda?
- Tak - potakuje głową - samochody zawsze mnie fascynowały.
- Ja też uwielbiam wyścigi, kiedyś jak jeszcze Lu nie była w planach, to sam jeździłem. Ale teraz boję się ryzykować, nie ma matki, a gdyby straciła jeszcze ojca, to byłaby to tragedia. Cieszę, że ma chłopaka, który traktuje moją małą księżniczkę, jak dorosłą królową - kolejny raz czuje straszny wstyd. Ludmila powiedziała o mnie masę dobrych rzeczy, jej ojciec uważa mnie za świetnego faceta, który dba o jego córkę najlepiej jak tylko potrafi, nawet nie wie jak bardzo się myli.
  Nagle do salonu wchodzi uśmiechnięta Ludmila, w towarzystwie wysokiego chłopaka z burząciemnych loków na głowię.
- Przyniosłam ciasto - powiedziała stawiając srebrną tacę z czekoladowym smakołykiem na stole przede mną - i kogoś do towarzystwa.
- Marco - przedstawia się - ty musisz być tym jej lovelasem. Miło Cię w końcu poznać.
- Federico, mi również.
  Chłopak uśmiecha się do mnie, a ja zastanawiam się, czy w tej rodzinie ktokolwiek jest smutny, albo chociaż poważny? Wszyscy szczerzą się jak pojebani, to nie jest normalne.
- O czym rozmawialiście? - blondynka siada obok i kładzię rękę na moim kolonie.
- Męskie sprawy córciu, nie zrozumiesz - macha ręką.
- Dzięki tatusiu, milutko.
- Oj, nie gniewaj się. Gadaliśmy o wyścigach.
- Właśnie - wtrącił się Marco - Hamilton wczoraj wygrał.
- Ma ostatnio dobrą passe - dodaje.
- No jeszcze rok temu, było z nim kiepsko, ale jak widać trening czyni cuda - śmieje się pan Ferro.
Szczerze mówiąc w ich towarzystwie czuje się dość swobodnie. Z moim tatą nie porozmawiałbym na takie tematy,
on woli piłkę nożną, a ja w ogóle nie potrafie zrozumieć tego sportu.
- Dobra, ja powinienem iść już do domu. Muszę jeszcze wrócić po samochód pod szkołe.
- No tak moja córka, dba o środowisko. Urządziła nam nawet ogródek przed domkie i muszę przyznać, że jest piękny - wstaje i podchodzi do mnie - Dziękuje Ci Federico, nie wierzyłem w to, że możesz być, aż tak dobrym facetem. Moja córka ma szczęście, tylko wiesz dobre zabezpieczenie to podstawa udanego seksu - puszcza do mnie oko, na co ja śmieje się pod nosem.
- Spokojnie, używamy prezerwatyw od Durex, pana córka lubi truskawkowe ale ja wolę te bezsmakowe, bo są cieńkie i ich nie czuć - mówię zgodnie z prawdą.
Na moje słowa pan Ferro wyraźnie poważnieje, Marco zakrywa buzię ręką i stara się nie wybuchnąć śmiechem, a Ludmila siedzi przerażona i wyczekuje reakcji swojego ojca.
- Mam nadzieje, że żartujesz.
- Yyy... tak, ja, yyy... żatuje - wybucham sztucznym śmiechem.
Naszczęście mężczyzna kupuje moją wymówkę i idzie w moje ślady. - No genialnego masz tego chłopaka córeńko - klepie mnie po ramieniu - powinienem dziękować Bogu, że trafiła na kogoś takiego jak ty.
- Nie ma pan za co dziękować.
- Nawet tak nie mów, mogła być z jakimś chamem, który raniłby ją na każdym kroku i poniżał, a trafiła na opiekuńczego anioła.
- Przesadza pan - czuje się jak debil, stoje przed człowiekiem, który widzi we mnie zięcia idealnego. Gdyby tylko wiedział jaka jest prawda, to szybko zmieniłby o mnie zdanie.
- Dobrze, to ja odprowadzę Federico do drzwi - Ferrówna wstaje z kanapy i delikatnie chwyta mnie za dłoń, odwzajemniam uścisk i przyciągam ją bliżej siebie.
 Żegnam się z panem Marcelo i Marco, po czym razem z blondi udaję się do przedpokoju.
- Nie wiedziałem, że masz o mnie, aż tak dobre zdanie - szepczę przybliżając się do niej.
- Dla mnie jesteś ideałem. Tata chciał wiedzieć jaki jesteś, więc powiedziałam mu to i owo na twój temat - lustruje wzrokiem moją twarz.
- Nie przesadziłaś czasem? Wcale nie jestem taki świetny - pochylam się nad jej ustami i drażnie oddechem jej wargi.
- Dla mnie jesteś wszystkim Federico i kocham Cię takiego jakim jesteś.
- Będę już szedł, muszę poćwiczyć, a to mi trochę zajmuje. Do jutra - muskam lekko jej dolną wargę i wychodzę zostawiając osłupioną dziewczynę samą, przekonała do mnie własnego ojca, dziś nie miałem podstaw, aby być na nią zły. Spisała się na medal.


  Jadąc samochodem do domu zastanawiam się czemu Ferro widzi we mnie tyle dobra, jestem zapyziałym chujem, nie oszukujmy się. Nie ma we mnie, ani grama szczerego dobra, na pokaz potrafię być uprzejmy, ale w środku gardzę ludźmi i traktuje ich jak kukiełki, którymi poruszam jak tylko sobię zapragnę.
 Kiedy podjeżdżam pod dom, mój wzrok przykuwa coś dziwnego, a mianowicie masa mężczyzn wynoszących z mojego domu praktycznie wszystkie meble, czyżby ojciec chciał znowu zrobić remont bez mojej wiedzy? Ale moment, oni wynoszą też moje rzeczy, co tu się kurwa dzieje.
 Wychodzę z samochodu i podbiegam do pierwszego lepszego faceta.
- Co wy kurwa robicie z moimi rzeczami? - pytam wkurwiony, żaden frajer nie będzie dotykał mojej własności.
- Syn pana Cuwaliaca? - twierdząco potakuje - radze zadzwonić do taty, bo nieźle Cię urządził.
- Ale dlaczego to zabieracie?
- Bierzemy to, aby spłacić długi pana ojca, jego firma zbankrutowała.
- Słucham? - nie to nie możliwe, ktoś robi mi niezły kawał.
- Bierzemy wszystkie rzeczy, dom jest jutro licytowany, a pana auto właśnie zostaje holowane - odwracam się w stronę mojego samochodu, który kilku facetów podpina jakimś sznurem.
- Zostawcie mój samochód, odpierdolcie się od niego, rozumiecie? - drę się do nich w niebogłosy, ale żaden z nich nie zaprzestaje swoich działań.
 Trzęsącymi rękoma wyciągam z kieszeni telefon, a moim oczom ukazuje się wiadomość tekstowa, od numeru nieznanego.

Od: Nieznany
Synu. Przepraszam. Zbankrutowaliśmy. Ja i twoja matka nie mieliśmy wyjścia, zabraliśmy oszczędności i wyjechaliśmy. Nie szukaj nas, przepraszam. Wierze, że dasz sobie radę. Kocham Cię, pamiętaj o tym.

  Zrozpaczony próbuje dodzwonić się do któregoś z rodziców, niestety ich numery nie są aktywne. Nie za bardzo dociera do mnie obecna sytuacja. Co tu się kurwa dzieje?



wtorek, 4 sierpnia 2015

Capitulo Cuatro

 Mój cudowny dzień chuj strzelił. Przybycie Verdas, jak narazie wcale mi się nie podoba. Mam ochotę powiesić go na jakimś sznurze, albo zepchnąć z najbliższych schodów. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że upatrzył sobie Ludmile, ten pieprzony akrystokrata słodzi jej i kleji się do niej jak jakiś nienormalny. Nawet się dzisiaj ze mną nie przywitała, nie to, żebym to lubił, ale ona zawsze gdy tylko mnie zobaczy, podchodzi i muska ustami mój policzek.
Pożałuje tego już ja o to zadbam.
- Co Cuwaliac, Luśka w końcu kopnęła Cię w dupę, szczerze przyznam, że czekałem na to od bardzo dawna- z nikąd obok mnie pojawia się Diego Hernandez, najlepszy przyjaciel Ludmily, który tak naprawdę nie reprezentuje sobą nic. Biedny chłopaczyna z najniższych szczebli społeczeństwa, mieszkający w dwupokojowym mieszkanku razem z bezrobotną matką, która utrzymuje rodzinę z zasiłku. Jak tak kurwa można? Dla mnie jest zwykłą patologią i niczym więcej, nie rozumiem jak Ferro może się z nim zadawać.
- Odejdź stąd, bo śmierdzisz, stać Cię w ogóle na wodę? Czy już dawno Ci ją wyłączyli? - pytam z chytrym uśmieszkiem na twarzy.
- No tak zapomniałem, dla Ciebie mój stan majątkowy równa się tyle ile u bezdomnego - przeczesuje ręką zniszczone włosy i patrzy na mnie jakbym to ja odpowiedzialny był za to, że jego matka jest bezużyteczna.
- Nie no, Diego ja Ci zawsze chętnie pomogę. Zwolniłem gosposie, możesz powiedzieć matce, że znalazłem jej pracę.
- Nie mam zamiaru reagować na twoje słabe teksty, wcale nie jesteś ode mnie lepszy Fede - westchnął - twój charakter jest paskudny.
- Po pierwsze nie skracaj mojego imienia - mrużę oczy i podchodzę do niego bliżej - a po drugie z moim paskudnym charakterem da się jeszcze coś zrobić, a ty swój paskudny ryj masz już na stałe.
- Wiesz co, ja naprawdę nie zwrócę na to uwagi, wolę popatrzeć na tę słodką parkę - brunet wskazuje palcem na dwie postacie, wędrujące po korytarzu Studia. Po chwili przyglądania się, rozpoznaje w nich Ludmile i tego frajera Verdasa.
- Popatrz na nią przez chwilę, zobacz jak boi się odezwać do Verdasa. Wiesz dlaczego? - pyta, a ja bardzo dobrze znam odpowiedz na jego pytanie - Bo boi się twojej reakcji. Boi się, że wybuchniesz i zrobisz jej krzywdę.
- Nie prawda. Ludmila wie, że nigdy bym jej nie uderzył - od razu przypominam sobie ich wczorajszą rozmowę w szatni.
- Nie chodzi mi o przemoc fizyczną, słowami Cawaliac można uderzyć człowieka mocniej, niż pięścią. Ludka jest dla mnie jak siostra i kiedy w środku nocy przychodzi do mnie zapłakana mówiąc, że kazałeś robić jej striptiz to, aż mnie serce boli. Najgorsze jest to, że ona tak cholernie Cię kocha, a ty masz ją w dupie i srasz na nią jak tylko możesz. Żałuje, że to ja byłem tym idiotą, który jeszcze dwa lata temu kazał jej o Ciebie walczyć.
- Skończyłeś już swój monolog? - niewzruszony, przykładam rękę do buzi i udaje ziewanie.
 Hernandez głośno wzdycha i niedowierzająco kiwa głową na boki, co on sobie myśli? Że rzuce się mu do stóp i zacznę dziękować za jakże mądre słowa?
- Dobra, chociaż próbowałem do Ciebie dotrzeć.
- Nie próbuj, bo Ci się to nie uda. Ludmila lubi mnie takiego jakim jestem, lubi to jak ją ranię i poniżam. Zrobi dla mnie wszystko i nic Ci do tego.
- Ehh, bogaty bęcwał - mówi na odchodnę i zostawia mnie samego pogrążonego we własnych myślach.
 Ostatni raz zerkam na Ferro, która ze spuszczoną głową, olewa Verdasa jak tylko może. Mam pewność, że nie zrobi z nim nic, gdy jestem w pobliżu, a co stanie się kiedy zniknę za rogiem i dam jej wolną rękę?


 Lekcja tańca mija w miarę spokojnie. Na początek rozgrzeweczka, potem szybki układzik, a teraz ćwiczenia w parach męsko-żenskich. To chyba wiadome z kim będę ja.
 Pewnym siebie krokiem zmierzam w kierunku dość przygnębionej blondyneczki. Puszczam do niej oczko i cwaniacko się uśmiecham. Niestety, nagle przerywa mi donośny, brytyjski akcent.
- Panie Gregorio! Uważam, że powinienem być w parze ze śliczną panienką Ferro, doskonale się razem rozumiemy, a poza tym tylko z nią do tej pory zdąrzyłem się zapoznać, a w tańcu znajomość partnera jest bardzo ważna.
- Nie ma opcji nie wyrażam na to zgody, Ludmila zawsze była w parze ze mną i tak już zostanie, niech sobie zapozna kogoś innego - wybucham na środku klasy, nie pozwole mu jej nawet dotknąć.
- Spokojnie, spokojnie. Po pierwsze - wskazuje palcem na Verdasa - nie zrozumiałem połowy słów. Jesteśmy w Argentynie, a nie w Anglii, więc zacznij mówić po naszemu, ołkej?
- Okey, sir - uśmiecha się do nauczyciela, na co ja tylko prycham, lizus.
- A po drugie, co do tak bardzo rozchwytywanej ostatnio pani Ferro, to pan Verdas ma sto procent racji. Niech tańczy z nim.
- Nie zgadzam się, z kim w takim razie mam być ja? - pytam krzyżując ręcę na piersiach.
- Z panią Navaro też dasz radę i bez pyskowania mi tutaj, Show must go on i do przodu - nauczyciel wykonuje kilka piruetów, a ja w tym czasie podchodzę do Natalii i naburmuszony staje obok niej.
- Nie martw się, nie tylko ty nie jesteś zadowolony z tej współpracy - warczy patrząc na mnie z oburzeniem wymalowanym na twarzy.
- No to może niech pan Verdas i pani Ferro zaczną dzisiejszy dzisiejszy układ, zapraszamy - i po raz kolejny mam ochotę zrzucić brytyjczyka, ze schodów. Ma farta, że jestem dobrze wychowany, bo inaczej obiłbym mu mordę.
  Ludmila wstaje z krzesła i niepewnie podchodzi do Verdasa, który na jej bliskość reaguje szerokim uśmiechem.
Obydwoje podają sobie ręcę i zaczynają wykonywać układ taneczny, który moim zdaniem nie jest za specjalny.
- Co zazdrosny? - kątem oka zerkam na znudzoną hiszpankę, po czym wracam wzrokiem na parę, której układ zaczyna robić się coraz bardziej namiętny.
- Kurwa - warczę, kiedy jego ręka przejeżdża po biodrach mojej dziewczyny. Jednak Ferro nie zwraca na to uwagi, cały czas patrzy na mnie i wyczekuje jakieś reakcji, której nie dostanie. Zrobiłem już z siebie wystarczające pośmiewisko, teraz mi to zwisa.
 W końcu po całej sali rozbrzmiewa fala oklasków. Verdas z wysoko podniesioną głową podchodzi do mnie, mierzy wzrokiem i śmieje się pod nosem.
- Nie wiem co Cię tak śmieszy? - marszę brwi i podchodzę do niego jeszcze bliżej.
 - Naciesz się Ludmilą póki możesz, bo jest piękną i mądrą kobietą, a takie lubię najbardziej - szturcha mnie ramieniem, po czym odchodzi i siada na swoim miejscu nie spuszczając ze mnie wzroku.
 Jeżeli myśli, że oddamu mu ją tak łatwo, to się grubo myli.


   Od kilkunastu minut razem z Maximilanem chodzimy po całym Studio i szukamy Ferro, jest mi obecnie potrzebna, muszę ją zjebać o tego całego Verdasa. Ona musi wiedzieć co jej wolno robić, a czego nie. A spędzanie czasu z arystokratą, jest wypisane dużymi literami na liście sprzeciwów, niech sobie kurwa poplotkuje z Hernandezem, albo Navaro. Ma tyle koleżanek, a chodzi z tym idiotą. Niby mam to w dupie, ale te jej biedne koleżanki napewno za nią tęsknią. Nie jestem zazdrosny, ja nie mogę być zazdrosny o kogoś tak nijakiego jak Ferro. Gdyby była Gisele Bündchen, albo Kate Moss, ewentualnie Mirandą Kerr, to moja zazdrość byłaby zrozumiała, ale nie to zwykła Ludmila Ferro, córka inwestora giełdowego i przedsiębiorcy. No niby ma firmę ubezpieczeniową i niby zarabia na tym miliony, ale ubezpieczenia nie są ważne, przynajmniej nie tak ważne jak Apple. Mój ojciec jest prezesem firmy Apple Computer Inc. Produkuje iMaci, iPhony, iPady i wiele, wiele innych bardzo potrzebnych do przetrwania spętów. Kiedyś przejmę po nim tą firmę i wyprodukuje iShoesy, czyli buty z wbudowanym ekranem, odtwarzaczem, z wi-fi i szafeczką na żel w podeszwie. Ja zrobie ich projekt, ktoś tam je wykona i pójdą na półeczki sklepów. Wszyscy będą chcieli w nich chodzić, ale nie każdego będzie na nie stać. Mój ojciec uważa, że to zły pomysł, ale on nie zna się na prawdziwym biznesie.
- Federico, chyba ją znalazłem - Ponte staje przede mną z niezbyt wesołą miną, a ja nie rozumiem o co mu chodzi.
- Kogo ty znalazłeś? - pytam nadal rozmyślając o moich planach na przyszłość.
- Jak to kogo? Przecież szukaliśmy Ludmily, a ja ją znalazłem - dumnie wypina pierś i podnosi głowę do góry.
- Aha, a po co jej szukaliśmy? - pytam, bo nie za bardzo przypominam sobie cel jej poszukiwania.
- Nie wiem, chyba chciałeś na nią nawrzeszczeć, za Verdasa.
- A no tak, gdzie ona jest?
- Ja... yyyy... ja nie wiem - mówj wymijająco i spuszcza głowę w dół - ale napewno nie w szatni.
- Nie w szatni powiadasz? - Ponte kiwa głową na boki, a ja już wyczuwam kłamstwo.
- W takim razie wejdę do tej szatni, po kurtkę, bo trochę mi zimno - omijam chłopaka i próbuje przejść do szatni, ale przerywa mi hiszpan ciągnący mnie za ramię w przeciwnym kierunku.
- Nie, Federico. Taka gwiazda jak ty nie może tyle chodzić, ja Ci przyniosę. Polecę po nią w trybie natychmiastowym - nie powiem schlebia mi jego trosko, ale ja i tak tam wejdę.
- Nie przesadzaj Maximiliano, dam sobię sam radę, nawet ja muszę czasem zrobić coś sam.
- Ale ty się nie możesz tak nadwyrężać, no bo... - nie słuchając go dłużej, wchodzę do szatni.
 Rozglądam się po pomieszczeniu, masa kurtek, butów, a zapach jaki się z niego wydobywa jest paskudny. Jak ktokolwiek może tu przebywać?
- Cawaliac, szukasz kogoś? - odwracam się w stronę głosu, a moim oczom ukazuje się Verdas i stojąca obok niego Ludmila ze spuszczoną głową w dół, chyba nie jest zadowolona z mojej obecności.
- Tak, szukam mojej dziewczyny - podchodzę do niej i delikatnie chwytam za rękę, na mój gest blondynka szeroko się uśmiecha - odprowadzić Cię do domu kochanie?
- Tak - puszczam jej rękę i chwytam w talii, brutalnie przyciągając do siebie.
Zerkając kątem oka na wściekłego Leona, decyduje się na coś odważniejszego. A mianowicie przyciskam jej usta do swoich i delikatnie muskam. Nasz pierwszy pocałunek, nigdy nie pozwalałem całować jej się w usta, ale dzisiaj to sytuacja kryzysowa.
 Czuje jak mój żołądek wypełnia dziwne uczucie, tak jakby coś mi w nim latało i łaskotało. Dziwne, ale miłe, naprawdę miłe. Nasze usta cały czas poruszają się w synchronizowanych ruchach, tak jakby znały się na wylot. Przyciągam ją jeszcze bliżej siebie, a nasz pocałunek staje się coraz bardziej namiętny, przejżdżam językiem po jej dolnej wardze. Zdziwiona nie otwiera ust. Z resztą co się dziwić,kto by się tego po mnie spodziewał. Warczę niemal dziecinnie, zjeżdżając na jej tyłek i ściskając go mocno w rękach. Z ust Ludmily wydobywa się gwałtowny jęk, który doprowadza mnie do szaleństwa. Korzystam z okazji i wsuwam język w jej rozpalone usta. Obydwoje zaczynamy zmysłowy taniec, pełen pożądania. Jest mi naprawdę cudownie. Wplatam smukłe palce w jej jasne włosy, gładzę je i delikatnie ciągne za końcówki.
 Głośno dysząc odrywam się od jej ust, muszę przyznać, że pocałunek był idealny. Opieram brodę o czubek jej głowy i mocno ją do siebie przytulam, niech zrozumie, że przy mnie będzie jej najlepiej, ponieważ to ja jestem najlepszym co mogło spotkać ją w życiu, a Verdas nawet w połowie nie da jej tego, co mogę dać jej ja.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Capitulo Tres


  Parkuje moje czerwone Ferrafi 488 najostrożniej jak tylko potrafie i z uśmiechem wymalowanym na twarzy kieruje się w stronę Studia On Beat. Mam dziś bardzo dobry humor, spałem pełne dziesięć godzin, Katrina odeszła z pracy, a ja dostałem omlet z kozim serem i dwoma jajami przepiórczymi, pychota.
- Federico! Federico! - już na wejściu słyszę krzyk wołającego mnie Maximiliana, który jak zwykle ślęczy przy mojej szafce. Czy on kiedykolwiek przestanie małpować?
- Co chcesz? - pytam patrząc na niego jak na idiotę.
- Jak tam z Ludmilą? Podobał jej się prezent? - ciekawość to pierwszy stopień do piekła, nie rozumiem ludzi, którzy chcą wiedzieć wszystko o życiu innych. Ponte to typowy plotkarz, któremu czasami morda się nie zamyka, ale da się go wytrzymać.
- Chyba jej się podobał, nie wiem dokładnie, bo skupialiśmy się bardziej na mnie, ale wiesz całkiem fajnie się mną zajeła - dwuznacznie poruszam brwiami, aby dać mu do zrozumienia, co robiłem z nią wczorajszego wieczora.
- Czyli żadna nowość - wzdycha - a co ona dała tobie?
- Nawet mi nie przypominaj - z kieszeni marynarki wyjmuje zdjęcie przedstawiające mnie i uśmiechniętą Ferro, która jeszcze wtedy nie wiedziała na co piszę się chcąc związku ze mną.
- Ładne, ale pewnie Ciebie nie zadawala.
- Nie za bardzo - odpowiadam, po czym otwieram szafkę - masz może gumę do żucia w buzi?
- Mam, a co? - marszczy brwi i wyjmuje z buzi kawałek żujki.
- Przylep to tutaj - wskazuje palcem na róg zdjęcia - tylko nie na palec.
- No już, ale po co miałem to zrobić?
Przyklejam kawałek kartki ukazujący mnie i moją dziewczyne do drzwiczek szafki i gładzę ręką, aby mocno przywarło.
- Wiedziałem, że jednak Ci na niej zależy - uśmiecha się i klepie mnie po ramieniu.
- Pieprz się, okej?
- Okej, ale to nie zmienia faktu, że Ci na niej zależy. Zależy Ci na niej. Za-zależy Ci na Lu-ludmile  -zaczyna skakać jak małpa i podśpiewywać imię mojej dziewczyny.
- Zamknij się Maximiliano - warczę przez zaciśnięte zęby, na co on poważnieje i podchodzi bliżej mnie.
- Wiesz co jest twoim największym problemem Federico?
- No co? Oświeć mnie - spoglądam na niego wyczekująco.
- Nie potrafisz zrozumieć, że Ferro kocha Cię szczerze, że nie zależy jej tylko na twojej popularności i pieniądzach. A ty - wskazuje palcem na mnie - mimo, że traktujesz ją z góry to robisz to dlatego, że chcesz, aby zwracała całą swoją uwagę na tobie. W głębi tego swojego lodowatego serca kochasz ją i szalejesz za nią jak głupi.
- Nie wydaje mi się - ostatni raz zerkam na zdjęcie w szafce, po czym trzaskam nią, aby mieć pewność, że się zamknęła.
- A ja Ci mówię, że ją kochasz i za cholerę tego nie zmienisz.
- Dobra, zamknij się już i dawaj na zajęcia, bo się spóźnimy.
- Myślałem, że gwiazdy lubią się spóźniać -  czy on właśnie ze mnie zakpił?
- Lubią, ale niekoniecznie na ważne lekcje, które mogą pomóc im świecić jeszcze większym blaskiem.

  Czekając na wychowawce w klasie rozmyślam nad słowami Maximiliana, czy ja naprawdę koch... czuje coś do Ludmily? Czy byłbym zdolny do zainwestowania w kogoś jakiegokolwiek uczucia?  To nie możliwe. Ferro jest dodatkiem, coś w podobie zegarka, bez którego moja stylizacja byłaby nie pełna. Nie mógłbym jej lubić, lubić. Cawaliac nie przywiązuje się do niczego, ani do nikogo.
Moje rozmyślania przerwał nasz  wychowawca Pablo Galindo, który jak zwykle uradowany wita się z nami i próbuje zacząć jakiś ważny temat, niestety nie za bardzo mu to wychodzi.
- Klaso, możecie mnie w końcu wysłuchać? - nauczyciel  wybucha i próbuje uspokoić zgraje baranów na końcu klasy, która drze się w niebogłosy.
- Mamy w klasie nowego ucznia- jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w klasie robi się cicho - Leon możesz wejść.
   W drzwiach sali staje wysoki szatyn, o zielonych jak trawa oczach, ubrany w czarną marynarkę z najnowszej kolekcji Paula Smitha, białą koszule Thomasa Pinka, beżowy krawat jestem pewny, że z firmy Drake's, czarne spodnie od Harrods i o zgrozo buty Johna Lobba, które tak bardzo chciałem mieć. Po tych wszstkich markach, mogę stwierdzić, że jest brytyjczykiem, bogatym jak cholera brytyjczykiem, który może mi zaszkodzić.
Wchodzi do klasy jak jakiś Boss, który uważa się za nie wiadomo kogo i puszcza oczko do dziewczyn, które zaczynają głośniej wciągać powietrze do płuc. O co im kurwa chodzi? Wcale nie jest taki boski, za jakiego się ma.
- Witam, nazywam się Leon Ernest Verdas drugi, pochodzę z Anglii, gdzie moja rodzina posiada własne hrabstwo Lincolnshire - mówi z tym swoim akcentem i chytrym uśmieszkiem wymalowanym na mordzie. No i już wiem, że go nie polubie.
- Dobrze, dziękujemy za przedstawienie, mam nadzieje, że klasa przyjmie Cię z otwartymi ramionami, wybierz sobie kogoś kto oprowadzi Cię po szkole.
  Verdas rozgląda się po klasie, a jego wzrok zatrzymuje się na osobie, która siedzi dokładnie za mną. Ten zasraniec podchodzi do mojej dziewczyny, beszczelnie się jej przedstawia i chwyta za ręką, którą po chwili całuje. A Ludmila? A Ludmila szczerzy się do niego jak głupia. Nie podoba mi się to i nie ma opcji, abym zostawił to tak jak jest. Nikt nie będzie pozwalał sobie na takie przywileje  w stosunku do mojej dziewczyny. A już napewno nie ten pieprzony arystokrata.

piątek, 31 lipca 2015

Capitulo Dos

Leże na  łóżku wodnym ustawionym w moim drugim pokoju i czekam na przybycie Ludmily. Powinna być tu za trzy minuty i czternaście sekund, nienawidze jak ktoś się do mnie spóźnia, więc mam nadzieje, że zdąrzy. Mamy rocznice związku, więc nie chce się dziś z nią kłócić.
- Katrina, do mnie! - wołam swoją gosposie, która w ciągu kilku sekund stoi już w moich drzwiach.
- Tak paniczu? - jak ostatnia sierota ślęczy przy tych drzwiach i trzęsie się ze strachu, dlaczego Ci wszyscy ludzie tak na mnie reagują?
- Jak przyjdzie Ludmila przyprowadź ją tutaj, potem przynieś kwiaty, zerwij jakieś z ogrodu, potem przynieś kolacje, kiedy zawołam Cię, abyś sprzątnęła talerze, pospiesznie je weźmierz i wyjdziesz. Nie masz prawa wchodzić do tego pokoju, do jutrzejszego śniadania, zrozumiałaś?
- Tak jest paniczu, mogę odejść? - wykonuje ruch ręką, dając jej do zrozumienia, że ma się oddalić, jednak moja samotność nie trwa długo.
- Mogę wejść kochanie? - nie kurwa, zaprosiłem cię po to, żebyś postała pod drzwiami, gdzie ta dziewczyna ma mózg?
- Wchodź - po chwili do środka mojego pokoju wchodzi uśmiechnięta Ludmila - cześć skarbie, chciałeś mnie widzieć?
- Tak - wyjmuje za poduszki białą papierową torebkę z czarnym napisem Victoria's Secret i  podaje zaciekawionej dziewczynie - wszystkiego najlepszego z okazji naszego roku.
- Drugiego roku - poprawia mnie, a ja posyłam jej zdziwione spojrzenie.
- Drugiego?
- Tak Fede, dwa lata razem - przewraca oczami i chyba nie za bardzo wierzy w moje dobre intencje.
- O jezu, co to za różnica? Jesteś ze mną to się ciesz - warczę i rzucam w nią torebką - lepiej idź do toalety się przebierz. Nie kupowałem tego na marne.
Słyszę ciche prychnięcie wychodzące z jej ust, a już po chwili blondi znika mi z pola widzenia, za drzwiami łazienki.
I w tym właśnie momencie do mojego pokoju wchodzi ta popaprana gosposia.
- Czy ja nie wyraziłem się jasno? Miałaś tu nie wchodzić! Naprawdę jesteś tak głupia? - po raz kolejny tego dnia ta bezużyteczna suka zlekceważyła mój rozkaz, oby miała poważny powód tego wtargnięcia.
- Kazał mi panicz przynieść kwiaty i kolacje, więc przyniosłam - niestabilny oddech, spojrzenie spierowane w dół, ale się boi, albo jest napalona.
- Wypieprzaj stąd w podskochach i nie wracaj do śniadania i nie waż się smarować jutrzejszego omletu Nutellą, bo zwariuje. A teraz z uśmiechem na ustach idź do mojego tatusia i powiedź, że jutro wieczorem odchodzisz. Albo ty załatwisz to w ten sposób, albo ja wezmę sprawy w swoje ręce, a to wcale nie będzie przyjemne.
Rozpłakana wybiega z mojego pokoju, w tych czasach trudno o dobrą pomoc domową, no cóż wybrakowanych plebsów warto się pozbywać.
Siadam na łóżku i próbuje zastanowić się nad życiem, kiedy nagle z łazienki wychodzi moja dziewczyna, ubrana w skąpą bieliznę i czarne lakierowane szpilki, z czerwonymi podeszwami od Christiana Louboutina. Muszę przyznać, że wygląda zniewalająco dobrze.
- Obróć się - blondynka posłusznie wykonuje moje polecenie i obraca się  wokół własnej osi. Podniecenie jakie ogarnęło mnie w tej chwili jest nie do opisania. Fala gorąca uderzyła we mnie z nienacka, zacząłem stawać się niewolnikiem wdzięków, które ukazywała mi w całej swojej okazałości.
- Podoba Ci się kochanie? - wstaje z łóżka i podchodzę do onieśmielonej dziewczyny, delikatnie chwytam ją za dłonie i splatam nasze palce ze sobą - Jesteś przepiękna.
  Ktokolwiek ze Studia słysząc taki komentarz padający z moich ust, zapewne dostałby zawału, albo bóg wie czego jeszcze. Komplementowanie innych nigdy nie przychodziło mi z łatwością, jednak uroda Ludmily zawsze budziła we mnie coś w rodzaju podziwu. Uważam ją za ideał kobiety, której w pełni należą się drobne, choć szczere komplementy.
- Dziękuje Federico - wyrywa swoją drobną rękę uścisku i przykłada do mojego policzka. Gładzi go przez chwile smukłymi palcami, zostawiając gorące ślady na mojej skórze.
- Nie dziękuj, to mój obowiązek - marszczę brwi i złośliwie się do niej uśmiecham - a teraz tańcz.
- Słucham?  - zaniepokojona odsuwa się ode mnie o jeden krok do tyłu.
- Chce, żebyś dla mnie zatańczyła, widzisz w tym jakiś problem? - zagryzam dolną wargę, mam na nią ochotę i zrobię wszystko, aby wziąć ją tu i teraz.
- Federico nie chce tego robić, wstydzę się.
- Skoro się mnie wstydzisz, to nie widzę dla nas przyszłości, ubierz się i idź do domy - odwracam się do niej plecami i czekam na jej ruch. Wiem, że za chwile podejdzie do mnie i zrobi to co jej kazałem.
- Federico, ale ja - słyszę jak łamie jej się głos, jest bliska płaczu - błagam, nie rób mi tego.
- Jeżeli nie jesteś w stanie zrobić dla mnie czegoś tak prostego, to bezsensu jest to dalej ciągnąć - udaje podłamanego, aby nie wyjść na beszczelnego chama. Ale do przewidzenia jest to, że za moment pęknie i będzie próbowała zaspokoić moje porządanie.
- Zrobie to - oj maleńka, jesteś taka przewidywalna - tylko błagam nie zostawiaj mnie.
- Zobaczymy jak się spiszesz.
Po chwili zostaje brutalnie rzucony na łóżka, a dalej moim ciałem zajmuje się zdolna blondynka, której ruchy podczas tańca już na zawsze zostaną w mojej głowie.
Zmęczony opadam na łóżko obok nagiej dziewczyny, która z trudem próbuje przykryć ciało kocem. Po kilku minutach patrzenia na jej męczarnie, postanawiam pomóc i szczelnie opatulam ją z każdej strony, aby nie zmarzła.
- Dziękuje - próbuje posłać mi szczery uśmiech, z którego wychodzi zniechęcający grymas. Jest smutna, ale szczerze mam to w dupie.
- No i co było tak źle? Nie potrafie zrozumieć czego tak bardzo się bałaś.
- Nie było fajne Federico, czułam się jak dziwka - z trudem wymawia ostatnie słowo, a po jej policzku spływa samotna łza i, że teraz będzie mi się tu rozklejać tak?
- Ale moja dziwka - mówię pewnym głowem i zerkam na reakcje Ludmily.
W sumie na jej brak reakcji. Ferro nie jest w stanie mi się przeciwstawić, zdaje sobie sprawę z tego, że niesubordynacja, może pozbawić ją mnie, a tego po prostu by nie przeżyła.
- A co z nami? Nie zostawisz mnie prawda? - obracam głowę w jej stronę i zatapiam oczy w czystym bursztynie.
- Uznajmy, że podołałaś zadaniu.
- Czyli, że dalej jesteśmy razem? - pyta z nieukrywaną nadzieją.
- Tak, ale musisz starać się trochę bardziej, bo zaczynam męczyć się tym związkiem - muszę ją trochę postraszyć, niech nie myśli sobie, że wszystko będzie proste.
- Federico, ale ja już staram się jak mogę, trudno mi być blisko Ciebie, kiedy stawiasz między nami mur.
- Ludmila nie każe Ci być blisko, tylko każe Ci się starać, kupiłaś mi w ogóle jakiś prezent na rocznice? - no chyba nie przyszła do mnie z pustymi rękoma, mam nadzieje, że to jakiś ładny zegarek, albo drogie perfumy.
- Tak, mam - dziewczyna sięga po torebkę firmy Chanel i wyjmuje z niej średnie pudełko, które wcale nie przypomina zegarka - Proszę kochanie.
Rozpakowywuje karton, a moim oczom ukazuje się ramka z naszym zdjęciem.
- Co to jest? - pytam zdenerwowany.
- To zdjęcie zrobiliśmy w pierwszym tygodniu naszego związku, pomyślałam, że kiedy Ci je dam to zrobi Ci się miło.
- Robisz sobie ze mnie jaja Ludmila? - rzucam ramkę w ścianę, a ta roztrzaskuje się na drobne kawałki - to ja kupuje Ci drogą bieliznę, a ty dajesz mi taki śmieć?
- Federico, ale ja myślałam, że...
- Nie myśl Ludmila, nie myśl, bo Ci to nie wychodzi. Wyjdę teraz się przewietrzyć, a ty zastanów się nad sobą - zakładam na ciało ubrania, których wcześniej zostałem pozbawiony i wsłuchuje się w cichy szloch -czy ty zawsze musisz wszystko spieprzyć Ferro?
Nie czekam na odpowiedz tylko wychodzę z pokoju zostawiając roztrzęsioną blondynkę samą. Jak ona mogła mnie tak zlekceważyć? Muszę poważnie zastanowić się nad naszym związkie, bo jak narazie nie mam ochoty być z kimś tak beszczelnym jak ona.

czwartek, 30 lipca 2015

Capitulo Uno

  Znienawidzona przeze mnie lekcja historii muzyki, właśnie dobiegła końca. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda, ale i tak mam z niego szóstkę. Zresztą moje świadectwo ma same najlepsze oceny, co się dziwić na każdym roku staram się jak głupi, aby podołać wyzwaniom i osiągnąć jak najlepsze wyniki. W końcu jestem Cuwaliac, a Cuwaliac potrafi zrobić wszystko.
Wychodzę z klasy jako pierwszy jak na prawdziwą gwiazdę przystało, idąc po korytarzu czuje na sobie spojrzenia wszystkich dziewczyn, które w swoich fantazjach zdejmują z mojego ciała ciasne rzeczy.  Oczywiście, schlebia mi to, ale ja wybrałem już jedną i mimo swoich chamskich zachowań jestem jej wierny. Ludmila zawsze starała się o moje względy, robiła wszystko, abym tylko na nią spojrzał. Od momentu naszego poznania uważałem ją za atrakcyjną dziewczynę, w której widać potencjał. Jednak przeszkadza mi  ten jej anielski charakter, który jak to mówi mój ojciec ma na mnie dobry wpływ. Wracając panna Ferro musiała zrobić naprawdę dużo, abym zdecydował się na tak poważny krok jak związek. Od zmiany stylu na bardziej elegancki i gustowny, przez bycie posłuszną, aż do oddania mi swojego ciała i przysięgnięcie wierności.
  Spoglądam w stronę mojej szafki, a moje oczy dostrzegają siedzącego przy niej Maximiliana. Co ten człowiek wyrabia, przecież jako moja prawa ręka nie powinien siedzieć na ziemi i robić z siebie pośmiewiska.
- Maximiliano, wstawaj - warczę w stronę bruneta, który na mój widok szczerzy się jak idiota.
- Federico, w końcu jesteś. Czekałem, tam gdzie mi kazałeś - wskazuje palcem na miejsce, w którym siedzi i uśmiecha się jeszcze szerzej, o ile to w ogóle możliwe.
- Ale po co? Nie kazałem Ci tutaj siedzieć Maximiliano, mogłeś iść na zajęcia - przewracam oczami i otwieram szafkę.
- Wiem, ale chciałem złapać Cię przed Ludmilą.
- No to Ci nie wyszło, widzieliśmy się rano - odpowiadam, na co mój kompan wypuszcza z siebie wiązanke przekleństw.
-Macie dzisiaj rocznice związku - brunet otwiera swój plecak i wyjmuje z niego średniej wielkości pudełko owinięte różowym papierem dekoracyjnym - kupiłem jej prezent za Ciebie, bo wiedziałem, że zapomnisz.
- Okej - przejmuje od niego opokowanie i delikatnie nim potrząsam, zastanawiając się co jest w środku, mam nadzieje, że kupił coś w moim stylu, żeby się nie domyśliła.
- A może jakieś, dziękuje co? - patrzy na mnie wyczekująco, na co ja tylko przewracam oczami.
- Sądzę, że moje pozwolenia, na naszą znajomość, jest wystarczającą rekompensatą - ja i podziękowania, jeszcze czego. Powinien skakać  z radości, że pokazuje się z nim publicznie.
- Co ona w tobie widzi? - wzdycha, po czym kładzie mi rękę na ramieniu, którą oczywiście odrazu strącam.
- To czego Natalia, nie może zobaczyć w tobie - moje słowa napewno sprawiły mu ból, patrząc na to, że ugania się za Navarro od dobrych dwóch lat. No cóż, tak właśnie jest. Jeden zdobywa wszystko, a drugi kopany jest po dupie, przez całe swoje marne życie.
  Chodzę po różnych zakamarkach Studia, w celu znalezienia Ludmily, niestety nie dane jest mi jej chyba dzisiaj zobaczyć. Powinienem pogratulować sobie za wytrzymanie przy jej boku całego roku.
Gdy wchodzę do szatni, do moich uszu dochodzą dźwięki padających słów, wiem, że nie ładnie jest podsłuchiwać, ja nawet nie mam wzwyczaju tego robić, jednak tym razem rozmowa bardzo mnie interesuje.
- Lu powinnaś zakończyć ten toksyczny związek, on Cię wyniszcza - męska, mocna barwa głosu, która należy do Hernandeza sprawia, że mam ochotę oderwać sobie uszy, byleby tylko nie słyszeć go nigdy więcej.
- Ale ja go kocham - kochasz, miłujesz, ubóstwiasz i całujesz po stopach kicia. Jestem twoim uzależnieniem i nic do zakichanej śmierci z tym nie zrobisz.
- On ma Cię w dupie, przejrzyj w końcu na oczy i skończ z tym popapranym dupkiem, zanim będzie za późno, już jest wrednym chamem, nie zdziwiłbym się, gdybyś za kilka dni dostała od niego w twarz, niby przez przypadek - jego teza jest dość bolesna, nigdy nie uderzyłbym kobiety, a już napewno nie Ludmily.
- Nie zrobiłby tego, on mnie kocha. Wiem, że pod maską obojętności znajduje się chłopak wart całej miłości, którą go darze.
Mimowolnie uśmiecham się do siebie, choć wiem, że nie powinienem. Wiem, że Ferro mnie koch... lubi bardziej niż powinna. Uczucie, którym mnie darzy szczerze mnie zawstydza.
- Co ten paskudny chuj z tobą zrobił? Czy ty nie widzisz, że on Cię nie kochał, nie kocha, ani nie pokocha, ten człowiek nie jest do tego zdolny i nie zmienisz tego.
- Przestań Diego, nie pozwalam Ci tak o nim mówić. Każdy człowiek ma w sobie dobro, trzeba tylko pozwolić wyjść mu na światło dzienne. Federico jest wyjątkowym człowiekiem, nie pokochałam go za miliony, które ma na koncie, ani za wygląd anonisa, pokochałam go za jego ludzką stronę i zrobie wszystko, abyś zmienił o nim zdanie.
   Widzę jak Ludmila wstaje z ławki i udaje się w stronę wyjścia ze szkoły, a już po chwili ją opuszcza. Jak widać nie miała ochoty na spotkanie ze mną, a ja nie mam zamiaru ganiać za nią jak jakiś pies, w końcu to zadanie należy do niej.

   Razem z Maximilianem postanowiłem udać się do centrum handlowego, w celu zakupienia czegoś ładnego dla Ferro. Wiem, że Ponte kupił jej już za mnie złotą bransoletkę, ale to totalnie nie w moim stylu, przecież każdy wie, że stać mnie na coś o wiele droższego.    
  - Federico, daleko jeszcze? Nogi mnie bolą - posyłam mordercze spojrzenie karłowi obok. Wstyd mi za niego, kiedy patrze na szmaty w których chodzi, to aż mnie skręca w żołądku. Muszę zadbać o jego garderobę, bo sam sobie nie radzi.
- Już niedaleko, za rogiem jest Victoria' s Secret.
- A ja myślałem, że bransoletka załatwi sprawę. A tak w ogóle kiedy zamierzasz jej to dać? Jutro raczej nie wypada, powinieneś pofatygować się i iść do niej, wtedy w jakiś sposób pokazałbyś jej, że Ci zależy.
- Nie, zadzwoniłem do niej po wyjściu ze Studia i kazałej jej przyjść do mnie pod wieczór - czy on naprawde myślał, że ja się będę starał? Ludmila jest na każde moje skinięcie palcem, aż szkoda byłoby tego nie wykorzystywać.
- Trudny z Ciebie człowiek Federico - ciężko wzdycha, a mnie po prostu chuj strzela.
- Nie jestem trudny, po prostu chcę tego co należeć ma do mnie. Jeżeli ja chce, żeby ona przyszła, to ma przyjść w podskokach, z uśmieszkiem na tej swojej niewinnej buźce i to wszystko - zatrzymuje się przed sklepem i odwracam wzrok na Maximiliana - Jestem Cuwaliac, a to czyni ze mnie pana tego świata. Jeżeli nie potrafisz tego zrozumieć, to nie jesteś godny życia, które masz.
- Rozumiem i przepraszam, nie powinienem tak mówić - staje przed nim i nachylam się tak, że oczami jesteśmy na tej samej wysokości.
- Zapamiętaj sobie Ponte, że ze mną nie warto zadzierać. Tym razem Ci daruje, ale następnym razem powstrzymuj się, bo jeszcze przez przypadek ty i twoja rodzina wylądujecie pod moste, a tego byśmy chyba nie chcieli prawda?
   Brunet kiwa przecząco głową i spuszcza wzrok w dół, mam nadzieje, że teraz już zrozumie i wbije do tej swojej pustej głowy co wypada, a czego nie wypada mówić w moim towarzystkie, bo jedno złe słowo może zniszczyć mu całe życie, które i tak nie jest warte zbyt wiele.

Prolog

- Katrina! Katrina! Gdzie moje naleśniki? - krzyczę po raz szósty do mojej gosposi - albo zobacze je tu w przeciągu minuty, albo powiem tacie, aby Cię zwolnili.
Co to za zachowanie, jak można kazać czekam mnie, Federicowi Cuwaliacowi. Czy ona nie wie kim ja jestem?
W przeciągu kilku sekund drzwi do mojego pokoju otwierają się i wchodzi przez nie wspomniana pomoc domowa.
- Paniczu Federico, ja przepraszam. Musiałam zanieść kawę, do gabinetu...
- Gówno mnie obchodzi co robiłaś, to ma się więcej nie powtarzać - zerkam na śniadanie postawione na tacy, a moja krew, aż buzuje - Czy ty robisz sobie ze mnie jaja?
Przerażona kobieta spuszcza głowę i wpatruje się w czubki swoich pantofli.
- Ile razy mam Ci mówić, że nie lubie nutelli, do cholery jasnej czy to tak trudno pojąć? - zrzucam naleśniki na podłogę i wstaje z łóżka - jesteś bezużyteczna, masz zrobić mi nowe w tej chwili, czekam pięć minut i ani chwili dłużej zrozumiałaś?
- Tak jest paniczu Federico - szepczę niepewnie, mógłbym przysiąc, że wygląda jakby za chwile miała się rozpłakać.
I dobrze, niech wie kto tutaj rządzi.
Jestem panem tego świata, a zwykli ludzie powinni się do tego dostosować.
- Skoro zrozumiałaś to powiedz mi co ty tu kurwa jeszcze robisz? Wypierdalaj do kuchni.
Gosposia wybiega z mojego pokoju, delikatnie zamykając za sobą drzwi. Ma szczęście, że nimi nie trzasnęła, bo moja głowa nie wytrzymałaby tego huku.
Wstaje z łóżka i podchodzę do biurka na którym stoi mój srebrny iMac, którego włączam. Odchodzę od niego i podchodzę do garderoby.
- Alfredo! Alfredo do mnie! 
  Alfredo Bing to praktycznie jedyny pracownik w tym domu, którego toleruje.
- Jestem paniczu - odwracam się za siebie, a moim oczom ukazuje się prywatny stylista, którego wynajęła mi matka - w co masz ochote się dzisiaj ubrać?
- Coś eleganckiego. Muszę się pokazać ludziom w Studiu, pamiętaj, że jestem najlepszy i właśnie tak mam wyglądać - dokładnie, Federico Cuwaliac, najlepszy z najlepszych, gwiazda estrady, centrum świata, słońce w układzie słonecznym. To wokół mnie kręci się wszystko.


  Przekraczam próg Studia On Beat, ubrany w białą dobrze dopasowaną do mojego ciała koszulę, granatową marynarkę od Ermenegildo Zegna, półeleganckie spodnie w kolorze ciepłego bursztynu od Pantaloniego Torino, oraz klasyczne, czarne buty od Tanino Crisci, na moim prawym nadgarstku dojrzeć można złoty zegarek od Michaela Korsa, bez którego nigdy nie wychodzę z domu.
  Wzrokiem lustruje wszystkie marne istotki, mające czelność znajdować się na tym samym korytarzu co ja, no cóż plebs zawsze będzie próbował w jakiś sposób się wywyższyć, niestety kiedy pojawiam się ja, to ich szanse maleją do zera.
Podchodzę do szafki i otwieram ją prostym hasłem, którym jest data dnia, w którym dostałem od ojca mój ukochany samochód, czerwone Ferrari 488.
- Hej kochanie - spoglądam wzrokiem na postać ślicznej dziewczyny stojącej obok.
- Cześć - odpowiadam bez najmniejszych emocji i wracam do szukania zeszytu do nut.
- Nie przywitasz się? - zakłada mi ręcę na szyje i delikatnie całuje mój policzek, ja natomiast w ogóle nie reaguje na jej próbe zbliżenia.
- Ludmila, nie mam teraz czasu - wyjmuje zeszyt i zamykam drzwiczki szafki.
- Ty nigdy nie masz dla mnie czasu.
- Zobaczymy się na zajęciach - mijam smutną dziewczynę i kieruje się w stronej tak uwielbianej przeze  mnie sali śpiewu. A wracając do Ludmily to jest ona moją dziewczyną. Oczywiście, jestem z nią dlatego, że ładnie to wygląda, nie czuje do niej nic więcej, przynajmniej tak mi się wydaje.  Ferro jednak jest wkręcona we mnie jak w jakiś zegarek Daniella Welingtona, albo Calvina Kleina, kocha mnie, no cóż nie dziwie się jej, w końcu jestem boski.
  Wchodzę do klasy w której czeka na mnie Angles, nie którzy mówią do niej Angie, ale zdrabnianie imion nigdy nie należało do moich ulubionych czynności.
-Witaj Federico, gotowy na prywatne lekcje? - nauczycielka podchodzi do keybordu i zaczyna grać pierwsze nuty do piosenki Show must go on zespołu Queen. Oczywiście idealnie trafiam w każdy dźwięk, szczerze nie wiem po co mi te lekcje, w końcu jestem tu najlepszy, jednak płace za nie o wiele więcej niż reszta uczniów, a to ukazuje mnie tylko w świetle bogatszego i bardziej uzdolnionego. I o to właśnie chodzi,ponieważ jestem gwiazdą stworzoną by błyszczeć.

Powitanie ♥

Witam ♥


Nazywam się Ola, większość z was zapewne kojarzy mnie z tego bloga, jak widać założyłam nowego  ♥
Już od bardzo dawna męczył mnie pomysł na coś nowego i postanowiłam go zrealizować ♥
O czym będzie? Mam nadzieje, że fabuła was zaskoczy, ponieważ blog opowiadać będzie o Federico ♥
Żadnych innych perspektyw, poglądów czy innych takich. Tylko i wyłącznie nasz cudowny Włoch, któremu mówiąc krótko, woda sodowa uderzyła do głowy ♥
Ale o tym przekonacie się w Prologu ♥
Na razie to tyle ♥
Mam nadzieje, że się wam spodoba
♥



Pozdrawiam Ola ♥